Dziesięć lat angielskiego i jedna siatka na zakupy
Miałam czternaście lat, kiedy pierwszy raz pojechałam do Irlandii, do taty. Za sobą miałam prawie dekadę nauki angielskiego - zaczęłam w wieku pięciu lat, potem szkoła, rok po roku, bez przerwy.
I stanęłam przy kasie w sklepie, nie wiedząc, jak poprosić o siatkę.
To były jeszcze czasy, kiedy w Polsce siatki leżały przy kasie za darmo, brało się i już. W Irlandii były płatne i nie leżały na wierzchu - trzeba było o nie poprosić. Musiałam wrócić do domu i zapytać tatę i jego żonę, jak się to mówi.
Czułam się jak kompletna idiotka.
Nie chodziło o to, że nic nie rozumiałam
Wręcz przeciwnie. Rozumiałam całkiem sporo - nie wszystko, ale wystarczająco, żeby się połapać, o czym jest mowa. Irlandczycy zresztą wiedzą, że mówią z mocnym akcentem, i wobec obcokrajowca zwykle starają się mówić wyraźniej. I tak było ciężko, ale to nie rozumienie było problemem.
Problemem było przełamanie się, żeby cokolwiek powiedzieć samodzielnie. Wejść do sklepu, otworzyć usta i wydobyć z siebie zdanie, którego nikt wcześniej nie przećwiczył ze mną w klasie.

Podobnie było z jedzeniem. W Irlandii kultura lunchu jest bardzo silna - niemal w każdym sklepie, a nawet na stacji benzynowej (która tak naprawdę jest sklepem, gdzie przy okazji sprzedaje się paliwo), stoi lada, przy której robi się kanapki, bagietki z dodatkami albo pizzę. Wszystko na wynos.
I znowu to samo: byłam głodna i nie wiedziałam, jak o to poprosić. Wiedziałam, że kanapka to sandwich - tyle że sandwich oznaczał tam dwie kromki chleba, a ja chciałam pół bagietki, na którą mówi się roll. Nie było skąd tego wiedzieć. Znowu musiałam zapytać w domu.
Po kilku dniach miałam już swoją formułkę: hello, can I have a roll with chicken curry and mayonnaise, please. I działała za każdym razem.

Bałam się też ulicy. W małej miejscowości, w której mieszkali, wszyscy się znają i mijając kogoś na chodniku, rzuca się: hi, how are you. A jak pogoda ładna, to jeszcze lovely day. Na początku nie wiedziałam, o co chodzi, i panicznie bałam się, że ktoś będzie chciał ze mną rozmawiać, a ja nie dam rady odpowiedzieć i wyjdzie wstyd.
Dopiero potem mi wytłumaczono, że nie o to chodzi. Że wystarczy rzucić nice, thank you, how are you i iść dalej. Że nikt nie oczekuje, że staniesz i będziesz gadać przez pół godziny. To jest po prostu „cześć" - i tyle.
Dziewięć lat nauki angielskiego nie przygotowało mnie ani na siatkę, ani na how are you na chodniku.
I nagle olśnienie
A potem, jeszcze podczas tego samego wyjazdu, wydarzyło się coś, co ustawiło mi wszystko na swoim miejscu.
Byłam z wizytą u rodziny i ktoś puścił film - amerykański, po angielsku, z angielskimi napisami. Usiadłam do tego bez przekonania, spodziewając się, że wyłapię co dziesiąte zdanie.
Zrozumiałam praktycznie całość.
Owszem, były wyrażenia slangowe i żarty osadzone w amerykańskiej kulturze, których nie miałam skąd znać. Ale to nie jest kwestia znajomości języka - gdyby ktoś z zewnątrz obejrzał polskiego „Misia", też nie zrozumiałby połowy, choć każde słowo z osobna byłoby dla niego jasne.
I to był ten moment. Zrozumiałam, że ja ten angielski po prostu znam. Że problem nie leży w tym, czego nie umiem, tylko w tym, że blokuję się przy mówieniu - bo boję się, że wyjdzie głupio.

Bo tych dziewięciu lat właściwie nie było
Jeśli policzyć uczciwie, prawdziwa nauka zaczęła się u mnie dopiero w liceum. Wszystko wcześniej było pętlą.
Co roku od nowa: cyfry, kolory, dni tygodnia, miesiące. Wkuwanie słówek - dokładnie tych samych słówek. Wrzesień, początek roku, powtórka z tego, co już było, i tak przez kilka lat z rzędu, bez śladu jakiegokolwiek postępu. A potem, kiedy program uznał, że pora na coś poważniejszego, weszły te nieszczęsne czasy.
I to był mniej więcej cały angielski.
Uczono nas nie języka, tylko egzaminu
To nie jest zarzut wobec konkretnych nauczycieli. To zarzut wobec systemu, w którym każdy etap edukacji kończy się testem, a test trzeba zdać.
Więc uczyliśmy się pod klucz. Pod sprawdzian szóstoklasisty. Pod egzamin gimnazjalny. Pod maturę. Dokładnie tego, co mogło się na nich pojawić, w formie, w jakiej mogło się pojawić. Gramatyka rozłożona na tabelki, słówka na listy, teksty z lukami do uzupełnienia.
Efekt był taki, że po wielu latach nauki prawie nikt z klasy nie potrafił nic powiedzieć. Mówić umieli ci, którzy chodzili na angielski dodatkowo, poza szkołą. Reszta nie. Ja na korepetycje nie chodziłam i znałam angielski „w porządku" - nic szałowego. Wystarczająco, żeby zdawać. Za mało, żeby kupić siatkę.
Skąd w takim razie brało się to, co rozumiałam
Nie ze szkoły. Ze zwykłego życia.
Z filmów oglądanych z napisami, nigdy z lektorem. Z tekstów piosenek, które czytałam, żeby wiedzieć, o czym one właściwie są. Z gier, w które grałam bez polskiego dubbingu - z napisami po polsku, a czasem po angielsku, bo tak było ciekawiej.
To wszystko wyglądało jak marnowanie czasu. W praktyce był to jedyny moment w ciągu dnia, kiedy miałam kontakt z żywym językiem: takim, jakim ludzie faktycznie mówią, w tempie, w jakim mówią, z całym slangiem, skrótami i intonacją, których nie ma w podręczniku.
Właśnie stąd brało się moje rozumienie. Z setek godzin obcowania z językiem w sytuacjach, w których naprawdę o coś chodziło - choćby o to, czy bohater przeżyje.
Tylko że rozumienie to jedno, a mówienie to zupełnie co innego.
Mówić nauczyłam się dopiero na studiach
I to jest część, która mnie do dziś zastanawia.
Na studiach angielski wyglądał inaczej. Dużo się mówiło. Był ogromny nacisk na prezentacje - trzeba było stanąć przed grupą i przez kilkanaście minut opowiadać po angielsku o czymś konkretnym. Pisaliśmy wypracowania, memo, listy formalne. Kolokwia ze słówek owszem, były, ale ze słownictwa branżowego, związanego z kierunkiem - więc miały sens, bo dotyczyły rzeczy, o których i tak rozmawialiśmy.
Czego nie było? Wkuwania czasów. Wyjątków do zapamiętania. Tabelek.
To był jedyny etap mojej edukacji, na którym naprawdę zaczęłam mówić. Po piętnastu latach nauki.
Certyfikat, który powiedział to czarno na białym
Na koniec studiów każdy dostawał certyfikat znajomości angielskiego, z osobną oceną dla każdej umiejętności. I było w nim wypisane dokładnie to, co czułam przez całe życie:
- rozumienie ze słuchu - C1
- pisanie - B2
- mówienie - B1
Trzy różne poziomy w jednym języku, u jednej osoby, po łącznie 20 latach nauki.
Nie chodziło więc o to, że „znam angielski na B1" albo „na C1". Chodziło o to, że każda z tych umiejętności rosła osobno i dokładnie w takim stopniu, w jakim ją ćwiczyłam. Słuchałam tysiące godzin - wyszło C1. Pisałam sporo, głównie na studiach - wyszło B2. Mówiłam najmniej ze wszystkiego - i to widać.
Co z tego wynika
Rozumienie i mówienie to dwie różne umiejętności. Można rozumieć filmy bez napisów i stanąć jak wryta przy kasie, bo mówienia ćwiczy się wyłącznie mówieniem. Nie ma innej drogi.
Język wchodzi wtedy, kiedy jest do czegoś potrzebny. Konstrukcja zapamiętana z tabelki wyparowuje po sprawdzianie. Ta sama konstrukcja, po którą sięgasz, bo akurat próbujesz coś powiedzieć i brakuje ci narzędzia - zostaje.
Najwięcej blokuje wstyd, nie brak wiedzy. Ja wiedziałam, jak jest „siatka". Nie wiedziałam, jak zbudować z tego prośbę, a bardziej niż niewiedzy bałam się tego, że zabrzmię głupio. To lęk wyhodowany przez lata czerwonego długopisu i znika dopiero wtedy, gdy człowiek kilka razy się pomyli i okaże się, że nic się nie stało.
Codziennych zwrotów nikt nie uczy. How are you rzucone na chodniku nie jest pytaniem o samopoczucie, tylko powitaniem. Takich rzeczy nie ma w podręczniku, a to one decydują o tym, czy człowiek czuje się w obcym kraju swobodnie, czy jak intruz.
Dlatego nasze zajęcia wyglądają tak, jak wyglądają
Nie ma podręcznika, z którego przerabiamy rozdział po rozdziale. Nie ma listy słówek na jutro ani kartkówek. Nie ma momentu, w którym ktoś ogłasza, że dziś zajmujemy się Present Perfect.
Jest za to rozmowa przy kawie, są gry, kreatywne zadania, rysowanie i opowiadanie o tym, co się narysowało. Czyli dokładnie to, czego zabrakło mi przez pierwsze piętnaście lat: powodu, żeby w ogóle coś powiedzieć.
Gramatyka pojawia się wtedy, kiedy jest potrzebna - gdy ktoś próbuje coś opowiedzieć i brakuje mu konstrukcji. Wtedy ma sens i wtedy zostaje.
Nie obiecuję nikomu, że po naszych zajęciach zrozumie każdego Irlandczyka w pubie. Ale obiecuję, że będzie mówić - i że nie zawaha się poprosić o siatkę.