Wróć do wpisów

„Dla seniorów są zajęcia, dla dzieci są. Dla dorosłych nie ma" - Wiola u Jerzego Zielińskiego

Wioletta pojechała do Bydgoszczy i spędziła prawie godzinę przed mikrofonem Jerzego Zielińskiego. Rozmawiali o Akademii Molki i o tym, co się dzieje z dorosłymi ludźmi w dzisiejszym świecie.

Zaczęło się od diagnozy, która dla wielu osób brzmi bardzo znajomo. Podstawówka, wybór szkoły średniej, studia, praca. A do tego lista rzeczy, które „wypada" mieć odhaczone przed trzydziestką: kredyt na mieszkanie, męża albo żonę, co najmniej dwójkę dzieci. Po drodze nikt ani razu nie pyta, co sprawia nam przyjemność. A potem budzimy się po trzydziestce czy czterdziestce, zmęczeni i przytłoczeni, z listą oczekiwań od szefa, partnera i dzieci - a chwilę później zaczynamy opiekować się własnymi rodzicami.

„Życie nam ucieka, a my nie żyjemy."

Wiola opowiadała o tym z własnego doświadczenia. Była dyrektorką oddziału banku i - co ważne - tę pracę naprawdę lubiła. Procedury, szkolenia, wyniki. Dopiero powrót z urlopu macierzyńskiego, kiedy jej syn miał dziesięć miesięcy, pokazał jej, że to już nie jest świat, do którego chce wracać. Wspominała też dawnych znajomych z banku, którzy narzekali na swoją pracę i mimo to nie szukali innej.

„Myślały, że poza bankowością nie ma świata."

A przecież od zawsze ciągnęło ją w stronę zawodów artystycznych. Projektowanie wnętrz było jej planem na życie jeszcze zanim poszła na studia - tylko że po drodze pojawił się bank, skusił stabilnością i został na kilkanaście lat. O tamtym planie po prostu zapomniała.

Przypomniała sobie o nim przy drugim dziecku. Na macierzyńskim poszła na praktyki do studia projektowania wnętrz, a chwilę później odeszła z banku i otworzyła własne biuro. Biuro istnieje do dziś - tyle że od zeszłego roku serce Wioli jest już gdzie indziej.

Prawdziwy przełom przyszedł jednak dopiero zeszłego lata. Na festiwal Zorza szukano wtedy chętnych do chóru, który miał zaśpiewać na scenie razem z Pauliną Przybysz. Wiola zgłosiła się sama, bez znajomych, bez muzycznego wykształcenia i bez żadnego doświadczenia ze sceną. Przed występem dostała dwie próby, a potem stanęła przed trzydziestotysięczną publicznością i, jak mówi, nie poczuła ani grama tremy. Ani jednej myśli o tym, czy dobrze wygląda i czy śpiewa jak trzeba.

„Dla takich momentów trzeba żyć."

Kilka dni później leżała wieczorem w łóżku i zadała sobie pytanie, którego - jak przyznaje - nigdy wcześniej sobie nie zadała: co ja właściwie lubiłam robić, kiedy byłam mała? Nie w sensie „co mogłabym z tego mieć", tylko po prostu dla siebie. Potem sięgnęła po telefon i sprawdziła, czy istnieją w Polsce miejsca, gdzie dorosły amator może przyjść i coś porobić. Okazało się, że istnieją, ale jest ich bardzo niewiele.

„Dla seniorów są zajęcia, dla dzieci są. Dla dorosłych nie ma."

Tak powstała Akademia - miejsce, które Wiola nazywa świetlicą dla dorosłych. Jerzy przyznał, że sam ma do tego słowa uraz ze szkoły. Wiola nie ma, bo pochodzi ze wsi, gdzie świetlica była osobnym budynkiem: biblioteka, kolorowe kredki, instrumenty wiejskiego zespołu. Lata 80., w sklepach pusto, a tam wszystko było dla ciebie. Nikt nie zadawał tematu - nie rysowało się bałwanka, tylko po prostu to co się chciało.

W rozmowie sporo czasu poświęcono omówieniu tego, jak strach blokuje ludzi przed pójściem na zajęcia w pojedynkę - bez koleżanki, bez partnera, do grupy, której się kompletnie nie zna. Wiola ma na to prostą radę: zamiast z góry zakładać, że ktoś nas oceni, warto pomyśleć, kto właściwie zapisuje się na fotografię albo na teatr. Ludzie tacy jak my, z tą samą potrzebą. Sama poszła na swoje pierwsze zajęcia teatralne sama i trafiła do grupy, która działała już od roku - a mimo to od pierwszego wieczoru czuła się tam u siebie. W jednej z grup są pani prawnik, pani doktor i emerytowany marynarz, i wszyscy przychodzą po to samo: żeby przez dwie godziny się dobrze bawić.

„Nie jesteśmy skupieni na efekcie, jesteśmy skupieni na tu i teraz - na tworzeniu, zabawie, uczestnictwie."

A na koniec padło zdanie, które chyba najlepiej podsumowuje całą naszą ideę:

„Dwie godziny w akademii przekładają się później na cały tydzień dobrego życia - w pracy, w domu, z dziećmi, ze znajomymi."

Posłuchajcie całości

Rozmowa trwa niecałą godzinę i jest w niej znacznie więcej: o warsztatach plakatowych, na których nikt nie wiedział, co powstanie, o improwizacji i planach na nagrywanie własnych standupów, o fotografii amatorskiej i o Klubie Czytelnika Romantyka. A na sam koniec o tym, jak skutecznie szkoła zabiła w wielu z nas radość z czytania - Jerzy przypomniał klasykę gatunku: sprawdzian z rozmiaru rękawiczki Izabeli Łęckiej zamiast rozmowy o tym, co ta książka z nami zrobiła.

A jeśli po obejrzeniu poczujecie, że to coś dla Was - zajrzyjcie do kalendarza wydarzeń. Zapraszamy na ul. Pniewskiego 1/5 w Gdańsku-Wrzeszczu.