Nikt nie umiał chodzić od razu

„Ja bym chciał(a), ale ja się do tego kompletnie nie nadaję."
To zdanie słyszymy chyba najczęściej. Czasem w wiadomości, czasem od kogoś, kto stoi w drzwiach i się waha. I zawsze jest wypowiadane tak, jakby to był fakt lub coś stwierdzonego dawno temu i już nie do podważenia.
Tylko skąd niby wiadomo? Skąd ktoś, kto nigdy nie stanął przed grupą i nie zaimprowizował scenki, może wiedzieć, że mu to nie wychodzi? Skąd ktoś, kto nie wziął do ręki aparatu, wie, że nie ma oka?
Nie wie. Po prostu zakłada. A zakłada, bo tak nas nauczono.
Skąd się bierze to „nie nadaję się"
Przez kilkanaście lat ktoś stawiał nam stopnie. Za wypracowanie, za rysunek, za bieg na sześćdziesiąt metrów. Bardzo szybko uczymy się, że są rzeczy, w których jesteśmy dobrzy, i takie, w których nie ma sensu się starać - bo i tak wyjdzie trójka.
Problem w tym, że ta segregacja została nam w głowie długo po tym, jak przestano nas oceniać. Dorosły człowiek nadal chodzi z listą „to moje, a tamto nie moje", tylko już nikt tej listy nie weryfikuje. Nikt nie sprawdza, czy ktoś, kto był kiepski z plastyki w szóstej klasie, przypadkiem nie polubiłby lepienia w glinie w wieku trzydziestu ośmiu lat.
A przecież nikt z nas nie nauczył się chodzić od pierwszego razu. Roczne dziecko przewraca się setki razy i nikomu nie przychodzi do głowy, żeby powiedzieć: „słuchaj, chyba to nie dla ciebie, spróbuj może czegoś innego". Po prostu wstaje i idzie dalej. Dopiero potem ktoś nas przekonuje, że jeśli coś nie wychodzi od razu, to znaczy, że nie mamy talentu.
Ale te zajęcia i tak nie są o umiejętnościach
Tu jest zresztą największe nieporozumienie. Ludzie myślą, że przychodzą się czegoś nauczyć i dlatego się boją, że nie dadzą rady.
A prawda jest taka, że to nie o to w tym wszystkim chodzi.
Zajęcia z improwizacji nie mają wykształcić aktorów. Mają rozluźnić. Sprawić, że po godzinie przestajesz myśleć o tym, jak wypadasz, bo jesteś zbyt zajęty tym, co się dzieje. I owszem, przy okazji może się okazać, że stanie przed ludźmi przestaje być straszne, i że na zebraniu w pracy nagle łatwiej się odzywać, a prezentacja nie wywołuje już skurczu żołądka. Ale to jest ten pozytywny efekt uboczny, nie cel sam w sobie.
Wspólne czytanie nie ma zrobić z nikogo krytyka literackiego. Ma przywrócić książki ludziom, którym je skutecznie obrzydzono. Bo statystyki czytelnictwa w Polsce są, jakie są, i nie wynikają tylko z braku czasu. Wynikają też z tego, że przez lata karmiono nas tekstami ważnymi historycznie, ale kompletnie nieprzystającymi do tego, gdzie akurat byliśmy w życiu. Ta sama książka przeczytana w wieku szesnastu i czterdziestu lat to są dwie zupełnie różne książki. Tylko że po tej pierwszej lekturze wielu z nas już nigdy nie wróciło.
O co więc chodzi
O dwie godziny.
Dwie godziny wyjęte z tego, co dla większości z nas wygląda mniej więcej tak: praca, dom, praca, dom, weekend na nadrobienie zaległości, i od nowa. Dwie godziny, w których mózg robi coś zupełnie innego niż zwykle i przez to naprawdę odpoczywa, w sposób, w jaki nie odpoczywa przed serialem.
Dwie godziny, w których nie da się myśleć o mailu, którego trzeba wysłać, bo ręce są czymś zajęte.
Dwie godziny wśród ludzi, którzy przyszli po to samo. Część z nich ma to od dawna w małym palcu, część widzi to pierwszy raz w życiu, i szczerze mówiąc po dziesięciu minutach nikt już nie pamięta, kto jest w której grupie.
Nikt tu nikogo nie ocenia
To nie jest ładne hasło na stronę, tylko dość praktyczna zasada.
Jeśli masz wyjątkowy talent - świetnie, brawo, ciesz się nim. Jeśli nie masz żadnego - też świetnie i też brawo, bo przyszedłeś, spróbowałeś i dobrze się przy tym bawisz, co jest znacznie trudniejsze niż bycie w czymś dobrym.
Dorosłość zabiera nam prawo do bycia początkującym. Wszystko, co robimy, ma być od razu na poziomie, ma się do czegoś przydać, ma mieć sens. Więc przestajemy próbować nowych rzeczy, bo nowe rzeczy z definicji wychodzą kiepsko na początku.
Te dwie godziny to jest po prostu miejsce, w którym można sobie to prawo odebrać z powrotem.